Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2011

Jukatan

Trochę postraszyłem w poprzednim wpisie. A właściwie to nie ja, a Sikorski Radosław i jego MSZ. Teraz przez najbliższy miesiąc będę zapewne udowadniać, że nie taka Ameryka straszna, jak ją w ministerstwach malują.

To może na początek takie zdjęcie z Meksykiem na pierwszym planie i z Meksykiem w tle...


Na razie powoli wydostajemy się z rejonu mocno nastawionego na turystów i tym samym turystom w miarę przyjaznego.
Jedenaście godzin w samolocie linii Condor (które z racji skąpych porcji jedzenia i konieczności płacenia za wszystko, za co się da, powinny się nazywać Sęp) minęło w towarzystwie Niemców, udających się na leniwe urlopy do Cancun - jednego z najpopularniejszych miejsc do plażowania w  zachodniej hemisferze. Zdaje się, ze byliśmy na pokładzie jedynymi osobami, które miały zamiar ruszyć się trochę dalej, niż najbliższa plaża.
Nawet torby na bagaż podręczny mieliśmy profesjonalne.


 
 Bagaż podręczny na ten krótki lot zmieścił się w stylowych reklamówkach

Wilgoć i ciepło, zgodnie z odwiecznymi prawami tropików, uderzyły w europejskie twarze po wyjściu z terminalu lotniska. Na osłodę, choć nie na ochłodę, pozostał malowniczy zachód słońca i następująca po nim świetlista fiesta błyskawic na niebie - tej nocy tropikalna burza dała o sobie znać.
Nie będę tu opisywał noclegów w hostelach w międzynarodowym towarzystwie i przejazdu autobusem, w którym klimatyzacja była tak podkręcona, że pierwszy, i na razie jedyny raz, przydała się zabrana z domu bluza polarowa, a człowiek z nadzieją patrzył za okno i zastanawiał się, czy naprawdę po opuszczeniu pojazdu będzie czekać go ponad 30 stopni C i ogromna wilgotność, które powodują, że papierowe meksykańskie pesos rozpływają się w dłoniach.
Pierwsze dni upłynęły nieco leniwie i wciąż czekaliśmy, aż wyrwiemy się z turystyczno-wypoczynkowej przeciętności.

A w międzyczasie zwiedziliśmy nadmorskie ruiny miasta Majów w Tulum, które dziś opanowane są przez iguany, które z kolei są same w sobie bardzo opanowane i niemal nie zwracają uwagi na setki mijających je codziennie ludzi.


Karaibskie wody omywają skały, na których Majowie wznieśli swoje świątynie i pałace


Na liściu przysiadła, w prawej części zdjęcia. A w tle Morze Karaibskie

Nie obyło się oczywiście bez pierwszego spotkania ze szmaragdową wodą i bielutkim piaskiem na malowniczej plaży wciśniętej między skały, które podtrzymują fundamenty niemal tysiącletnich budowli.

Wspaniałym przeżyciem i świetną odmianą od lejącego się z nieba żaru był wypad na nurkowanie (snorkeling) do dwóch spośród mnóstwa dostępnych tutaj podwodnych atrakcji.
W pierwszym z miejsc była okazja do popływania wśród rafy koralowej, opanowanej przez różnokolorowe rybki oraz do spojrzenia prosto w twarz/pysk żółwiom, u których wielkość skorupy dorównywała niekiedy wielkości torsu dorosłego człowieka.
Druga część nurkowania była jeszcze bardziej fascynująca.
Słone wody morskie zamieniliśmy na słodkie i zanurzyliśmy się w jednej z jukatańskich cenotes - zalanej krystalicznie czystą i niewiarygodnie przejrzystą wodą jaskini, pełnej wspaniałych form krasowych - stalaktytów, stalagmitów i innych, między którymi można było swobodnie kluczyć, uważając tylko, żeby podczas wynurzania się nie wbić sobie ostrza, zwisającej ze stropu skały, prosto w głowę.

Ale przyszedł czas, aby nieco wyjść poza schematy i tym samym być bliżej miejscowych ludzi, ich kultury, opowieści, codziennego życia...

Pierwszym krokiem ku temu była zmiana sposobu przemieszczania się na autostop, a tym samym próba sprawdzenia, czy prawdziwa jest opinia powtarzana na zagranicznych forach podróżniczych:

- Is hitchhiking safe in Mexico?
- Nothing is safe in Mexico...

I w tym momencie myślę, że oczywiste jest, iż muszę zaprzeczyć tej opinii, podobnie jak będę pewnie zaprzeczał innym, cytowanym ostatnio.
Jak na razie jest to bardzo efektywny i bezpieczny sposób poruszania się  po Jukatanie, który niesie przy tym typowe dla takich podróży korzyści - oszczędność kosztów i możliwość niezwykle ciekawych spotkań.

I tak jeden z odcinków przejechaliśmy z miejscowym przewodnikiem, który wiózł ze sobą parę niemal bezwłosych psów niezwykle rzadkiej, typowej dla Meksyku rasy - xoloitzcuintle, które przez Majów uważane były za święte, a dziś ich dotyk ma ponoć właściwości lecznicze.



Czasem rozmowy z kierowcami można było swobodnie toczyć po angielsku. Czasem konieczne było gimnastykowanie się z naszym szczątkowym hiszpańskim.
Ale myli sie ten, kto uważa, że w Meksyku znajomość języka hiszpańskiego pozwoli się dogadać w każdej sytuacji.
Czasami konieczna okazuję się znajomość języków rdzennych Indian.



- Buenas tardes señora. Czy możemy rozbić hamak u pani w ogrodzie?

Kobieta w białej, ozdabianej kwiecistymi wzorami, koszuli chyba nie zrozumiała pytania. Mimo wszystko coś jednak odpowiedziała. Odpowiedzi jednak zupełnie nie zrozumieliśmy my.

Byliśmy w wiosce Coba, w której znajdują się, zanurzone w morzu dżungli ruiny miasta Majów, a wśród nich najwyższa piramida na Jukatanie, dostępna do wejścia dla turystów, a licząca 42 metry.


Coba. 42 metry n.p.dż. (nad poziomem dżungli)


Tam jednak mieliśmy udać się dopiero następnego dnia z samego rana, a poprzedzająca noc planowaliśmy przespać w naszych hamakach. Szybko porzuciliśmy plany rozpięcia ich w dżungli, gdyż bez maczety trudno było się zagłębić w tę tropikalną gęstwinę dalej, niż 30 centymetrów.
A nawet na tych 30 centymetrach można było natknąć się na zwierzę lub roślinę, które z lubością pozbawiłyby nas życia, zdrowia lub co najmniej przyjemności z dalszej podróży.
Postanowiliśmy więc wykorzystać działający na Bliskim Wschodzie sposób i spytać o możliwość przenocowania u miejscowych.
I tak krążąc po wiosce doszliśmy do ostatniego domku przed ścianą lasu.

- My jesteśmy puro Maya - czyści Majowie.

Dopiero pomoc zawołanego szwagra, który oprócz języka Majów władał także hiszpańskim, a nawet znał kilka słów po angielsku pozwoliła nam dojść do porozumienia w sprawie noclegu.
Chata była brudna, śmierdząca, pełna komarów, a właściciel zaznaczył, że miejscowi czasami przychodzą tu załatwiać swoje potrzeby, te grubsze i te mniej poważne.
Ale nam takie miejsce wystarczało - najważniejsze, że dało się rozpiąć hamaki.
Aby nieco poprawić estetykę miejsca, pani Indianka przysypała kilka z leżących pod ścianą grubszych potrzeb piaskiem. Estetyka wzrosła, zapach niestety pozostał.

Zanim jednak mogliśmy się oddać w objęcia Morfeusza, lub jego sennego odpowiednika z panteonu Majów, musieliśmy spędzić trochę czasu z dziećmi naszej gospodyni.
Wśród zaproponowanych przez nie atrakcji był mecz piłki nożnej na drodze, zwierzątko na sznurku oraz krótki wykład na temat otaczających nas roślin jadalnych i niejadalnych.






Następny dzień wypełniły kolejne odcinki autostopowe i zwiedzanie kolejnych ruin z czasów Chichen Itza.
O ile w zagubionym w bezkresnej dżungli Coba można było poczuć się niczym Indiana Jones, poszukujący Zaginionej Arki, albo czegoś jeszcze bardziej odjechanego i trudnego do odnalezienia, to Chichen Itza, które dziennie potrafi odwiedzić nawet 20 tysięcy turystów, mogło przywodzić na myśl tematyczny park rozrywki skrzyżowany z cepelią. Mimo wszystko piramidy z białego kamienia robiły duże wrażenie.










U nas tymczasem klimat nieco się zmienił. Niestety nie w sensie pogodowym, a bardziej kulturowo-architektonicznym.
Porzuciliśmy na chwilę tysiącletnie budowle cywilizacji prekolumbijskich i zwiedzamy typowe miasta kolonialne Jukatanu.





Trochę zwlekałem z tym wpisem, ale czekałem, aż porzucimy utarte szlaki, środki transportu i miejsca noclegu i nazbiera się więcej przeżyć.
Postaram się teraz pisać nieco częściej.
A tymczasem pozdrawiam z Campeche.


Przed chwilą nad miastem przeszła potężna ulewa. ULEWA!
Taka tropikalna z błyskami, grzmotami i strumieniami wody zmywającymi ulice.
W uroczej kafejce internetowej, z której właśnie piszę, dwa razy wysiadał prąd i monitor pokrywał się smutną czernią.

wtorek, 26 lipca 2011

Kierunek: Ameryka!

Jak donosi nasz MSZ w poradniku "Polak za granicą" w Meksyku najczęstszym rezultatem porwań „ekspresowych” jest doprowadzenie do opróżnienia konta bankowego, kradzież kart płatniczych i innych wartościowych rzeczy, które cudzoziemiec ma przy sobie, a w porwaniach mogą brać udział osoby podające się za funkcjonariuszy policji, w Gwatemali ostrzega się przed podróżowaniem, zwłaszcza nocą, mało uczęszczanymi drogami, samotnymi spacerami po zapadnięciu zmroku, w Salwadorze działają bezwzględne gangi młodzieżowe tzw. Maras, a na porządku dziennym są napady rabunkowe z bronią w ręku, natomiast w Kostaryce, to już w ogóle jest rozrywkowo, bo zagrożenie dla turystów jest największe spośród całego regionu Ameryki Środkowej i stosunkowo liczne są gangi młodocianych przestępców, związanych z rynkiem narkotyków i prostytucji.

Zapewne rzeczywistość oglądana z perspektywy "tam" wygląda znacznie lepiej, niż obserwowana z "tu", przed komputerem, kilka tysięcy kilometrów dalej. Ale żeby się o tym przekonać trzeba na ziemiach owego "tam" postawić stopę.
Albo przynajmniej zdać się na wiarygodną relację kogoś, kto zrobi to za nas i dla nas.

Za kilkanaście godzin, jakie mi jeszcze zostało z tej dziwacznej doby, rozdętej o siedem godzin różnicy czasu między Polską a Meksykiem, w zmęczoną długim lotem twarz uderzy żar lejący się z nieba i odbijany od betonowej płyty lotniska, a w nozdrza wedrze się wilgotne, lepkie i gęste powietrze Półwyspu Jukatan. Witamy nad Morzem Karaibskim.

A to będzie dopiero początek.

Koniec czeka zaś w Panamie, za niecałe 40 dni.

Natomiast to, co będzie miało miejsce w środku, na przestrzeni paru tysięcy kilometrów, stanowić będzie treść tego bloga.

* * * * 

Nieco krócej niż w zeszły roku; może w nieco innej formie; a być może wspomniane gangi rozgniewanych młodocianych zupełnie uniemożliwią wieczorne przesiadywanie w kafejkach internetowych, walkę ze szczerbatą klawiaturą, ponaddźwiękowo wolnym łączem internetowym i ogólnym zmęczeniem materiału, którą tak polubiłem w Syrii i Libanie, i z bloga pozostanie jedynie marny ogryzek kilku lakonicznych wpisów.

W każdym razie będę próbował - dla Was i dla siebie - pisać, pokazywać zdjęcia, dzielić się, zaciekawiać.

Zapraszam. Zachęcam. Pozdrawiam.
Właściwie to pozdrawiamy razem z Maćkiem. 

A zachęcam do czytania, ale także i komentowania.

Adios!


wtorek, 28 września 2010

Epilog. Podsumowanie

Dokładny przebieg trasy:
(źródło - ślady GPS, podkład - Google Earth):


Mijają już dwa tygodnie od powrotu do domu.
Czasu aż nadto, żeby z powrotem przywyknąć do własnego łóżka, domowego jedzenia oraz do myśli, że zaraz po przebudzeniu nie czeka mnie całodzienny marsz w palącym słońcu.
Zwłaszcza, że deszczowa pogoda pierwszych dni jesieni dosyć drastycznie próbuje wymazać wszelkie wspomnienia o bliskowschodnich upałach.

Przyszedł czas na ostatni, podsumowujący wpis z tej wyprawy.
Nie będę się tu jednak skupiał na snuciu opowiadań - na to czas i miejsce przyjdzie w powyjazdowych reportażach (o których ukazaniu się także poinformuję na tej stronie), a krótko przedstawię trochę informacji, jak zwykle w towarzystwie kilku zdjęć - takich, które podczas drogi nie zwróciły na siebie mojej uwagi na tyle, żeby je tu zamieścić, albo uznałem, że potrzebują jeszcze obróbki przed publikacją.

sprzedawczyni pamiątek, Stambuł

Gwoli ścisłości dodam jeszcze, że skoro to piszę, to oczywiście szczęśliwie dolecieliśmy do Berlina, gdzie głównym punktem programu było zrobienie sobie zdjęcia w krótkich spodenkach i koszulce na tle Bramy Brandenburskiej i grupy zmarzniętych Japończyków w płaszczach przeciwdeszczowych (że też nie pomyślałem o wzięciu ze sobą takiego płaszcza...), a stamtąd autostopem dojechaliśmy do Wrocławia - co prawda każdy na własną rękę i zupełnie różnymi drogami, ale najważniejsze, że do celu.


Na wylocie

skok do Złotego Rogu, Stambuł

Jednak na lotnisku w Tel Avivie nie obyło się bez problemów, a jakże!

O ile pobyt na Terytoriach Palestyńskich nie zostawił śladu w paszporcie, to wizyty w pozostałych krajach arabskich na trwałe wpisały się na karty naszego dokumentu podróżnego (szczególnie Syryjczycy zużyli sporo tuszu na te wszystkie pieczątki, mające wyjaśniać nasz niezwykły sposób przekroczenia granicy).

w Pałacu Topkapi, Stambuł


Dodatkowo nasz wygląd kloszardów (no, może ładniej brzmi: włóczęgów) sprawił, że zupełnie nie byliśmy podobni do swoich zdjęć w paszporcie (przy czym Maciek bardziej, bo jeszcze został poproszony o złożenie podpisu do porównania z tym z dokumentu).

Powyższe niesprzyjające okoliczności spowodowały, że w sześciostopniowej skali, wskazującej na potencjalne niebezpieczeństwo ze strony pasażera, zostaliśmy zakwalifikowani, jako "szóstki"...
Nie muszę chyba dodawać, że Lotnisko imienia Ben Guriona, to nie Szkoła Podstawowa imienia Ben Guriona, więc "szóstka" cieszy tu najmniej...

Mimo wszystko, kiedy na nasze plecaki i na nas samych przyklejono specjalne naklejki z kodem kreskowym i wspomnianą cyferką, dobry humor nas nie opuszczał, choć byliśmy przygotowani na długa kontrolę.

No i rzeczywiście była długa i dokładna.

Około godziny trwało sprawdzenie każdej (KAŻDEJ!) części naszego bagażu, potarcie specjalnym przyrządem do wykrywania materiałów wybuchowych, kontrola osobista w oddzielnym pomieszczeniu, różne pytania...

podobizna prezydenta Bashara przy drodze do Damaszku

Trochę popłochu powstało, gdy z mojego plecaka wyjęto książeczkę z dużym napisem LIBAN.
Kontrolująca bagaż funkcjonariuszka niezwykle poważnie spytała, kto mi to dał, a ja, zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że dostałem to od pani w informacji turystycznej.
Chwilę potem folder zachwalający atrakcje Libanu został dokładnie sprawdzony pod kątem obecności śladów materiałów wybuchowych.

Ostatecznie wyszliśmy z całej procedury obronną ręką i pozwolono nam lecieć, jednak zarekwirowano mi butelkę na paliwo (pustą!) i część palnika, na których były chyba jakieś ślady benzyny.
Jakoś przełknąłbym te stratę, gdyby Żydzi wykazali się konsekwencją, ale gdy spostrzegłem, że przez kontrolę bez podejrzeń przeszła plastikowa butelka po napoju, do której wcześniej przelałem pozostałą mi benzynę, poczułem się podobnie, jak wtedy, gdy zobaczyłem, że inną część mojego ekwipunku przywłaszczyli sobie funkcjonariusze syryjscy.

Generał Jurek, w drodze do Iskendurun, Turcja

Na pocieszenie pozwolono nam potem stanąć w kolejce do check-in przy stanowisku, nad którym duży napis głosił "Dla posiadaczy srebrnej i złoty karty".
Razem z nami czekało tam kilku podobnych nam VIP`ów, którzy niedawno także zostali dokładnie przemaglowani przez izraelskie służby.

Podsumowanie

W pierwszej części przedstawię nieco danych liczbowych.
Postaram się tutaj odpowiedzieć na pytania typu "ile kilometrów zrobiliście?", "ile godzin dziennie szliście?", czy też "na jaką największą wysokość się wdrapaliście?".

Druga część poświęcona będzie sprzętowi.
Sam jestem trochę "sprzęciarzem" i lubię patrzeć, co kto ma w swoim ekwipunku.
Spis użytego ekwipunku może być przydatny osobom, planującym podobne przedsięwzięcie.
Pozostali mogą śmiało opuścić ten fragment i przejść do zakończenia.

sprzedawca cytrusów, Jerycho


Część pierwsza - statystyki

daleko...

- 1302 kilometry
pieszo z Tarsu do Jerozolimy,
całość dystansu pokonana z pełnym bagażem, niewliczane dystanse podczas zwiedzania "na lekko";
(źródło: odbiornik GPS, możliwy błąd w granicach kilku km)

- 1950 kilometrów
autostopem z Wrocławia (Bielany Wrocławskie) do Stambułu (zachodnie przedmieścia);
(źródło: wyliczenia z Google Maps)

- 6 krajów podczas marszu
(wliczając Autonomię Palestyńską, jako "kraj", bez wdawania się w dyskusje nt. jej państwowości)

- 8 krajów podczas jazdy autostopem
(wliczając Polskę i Niemcy w drodze powrotnej)

- w sumie 13 odwiedzonych krajów podczas wyprawy
z czego w 10 pobyt w stolicy


łojeju...! turecki góral aż złapał się za głowę


długo...

- czas marszu: 262 godziny 10 minut
(źródło: odbiornik GPS)

- 41 dni marszu
(niewliczane dni odpoczynku)

- 51 dni od wyjścia z Tarsu do osiągnięcia celu

- 67 dni całej wyprawy

szybko...

- średnia prędkość marszu: 4,84 km/h

- średnia odległość dzienna: 31,77 km

- maksymalna odległość dzienna: 56,13 km
(2.08.2010 Latakia - okolice Baniyas, źródło: odbiornik GPS)

- minimalna odległość dzienna: 6,20 km
(30.08.2010 Kafarnaum - Tabgha, przez Górę Błogosławieństw, źródło: odbiornik GPS)

w drodze na Górę Tabor, w tle Jezioro Galilejskie

wysoko...

- największa wysokość bezwzględna podczas marszu: 1847 m n.p.m.
(góry Liban, przełęcz na drodze Samaniyah - Kefraya, źródło: odbiornik GPS )

- najmniejsza wysokość bezwzględna podczas marszu: 279 m p.p.m.
(źródło: odbiornik GPS, jordańsko - izraelskie przejście graniczne Jordan River Crossing, źródło: odbiornik GPS)

- najmniejsza wysokość bezwzględna podczas wyprawy: 418 m p.p.m.
(Morze Martwe - najniższy punkt na Ziemi)


 Kuukaa-Kuulaa, gdzieś w Libanie

gorąco...

Temperatury nie kontrolowałem cały czas, więc możliwe (i całkiem prawdopodobne) jest, że zdarzały się wartości większe od podanych.

- najwyższa zanotowana temperatura powietrza: 42 stopnie C
(źródło: bezrtęciowy termometr zaokienny, jordańsko - izraelskie przejście graniczne Jordan River Crossing)
w słońcu temperatura wielokrotnie dochodziła do 60 stopni C

- najniższa zanotowana temperatura powietrza: 16 stopni C
(źródło: bezrtęciowy termometr zaokienny, nad ranem na dachu w Ein Yabrud, Zachodni Brzeg Jordanu)

sprzedawca kawy, Damaszek


Część druga - sprzęt

Oto spis sprzętu używanego przeze mnie (czego innego używał Maciek, a część z wymienionych rzeczy używaliśmy wspólnie).
Jest to dosyć minimalistyczny zestaw wypracowany podczas wcześniejszych wypraw i uzupełniany oraz modyfikowany wraz z każdą kolejną.

Gdyby ktoś trafił na tę stronę i miał dokładniejsze pytanie nt. użytkowania danej części ekwipunku, szczególnie w tego typu przedsięwzięciach - chętnie odpowiem!

- buty Boreal Kendo
lekkie półbuty, bardzo dobre na gorące dni, okazały się jednak za delikatne na taki dystans - rozkleiła się podeszwa i gumowy otok na czubku i poszły do reklamacji;

- klapki-japonki z Biedronki
za 10 zł., używane na noclegach oraz podczas zwiedzania; rozwaliły się, zreperowałem je sznurkiem, dotrwały do końca, po czym skończyły w koszu;

- skarpetki Skalnik Trekking Light/Travel, 3 pary
wcześniej sprawdzone na innych wyjazdach, używałem tylko dwóch par, jedne pożyczyłem Maćkowi;

- spodnie Milo Trip
z odpinanymi nogawkami, szybkoschnące, w użyciu kolejny sezon, poza odbarwieniami od UV żadnych uszkodzeń;

- bokserki termoaktywne, 2 sztuki
jedne Hannah, drugie Fjord Nansen - nieco wygodniejszy krój mają te pierwsze;

- koszulki termoaktywne, 2 sztuki
Berghaus Active SS Crew oraz Brubeck SS00880, obie bardzo dobre, Berghaus wydaje się trochę delikatny, materiał zmechacił się od plecaka już po pierwszym użyciu, ale żadnych uszkodzeń nie było;

- koszula z lumpeksu
pomysł Maćka, jedyne ubranie z długim rękawem; pozwala lepiej wtopić się w arabski tłum, niż markowy polar, choć na wrześniowe noce bywała trochę za cienka;

- kapelusz Bonnie Hat (US Army) z osłoną na kark
beżowy - bez żadnego kamuflażu, który może budzić niepotrzebne zainteresowanie;

- chusta buff
wielofunkcyjna - do ocierania potu, jako czapka i jeszcze mnóstwo innych zastosowań;

- śpiwór Salewa Microtech 600
lekki i malutki (600 g), mimo wszystko za ciężki, żeby go nieść, skoro i tak było za gorąco na stosowanie śpiwora - odesłany w paczce z Turcji; czasem przydałby się jednak bawełniany śpiworek uszyty np. z prześcieradła - trochę osłony termicznej w zimne noce, ochrona przed komarami i większy komfort podczas spania w brudnych miejscach;

- namiot Fjord Nansen Muwang II
2-osobowy, 2,3 kg, także sprawdził się wcześniej; użycie lżejszej płachty biwakowej (plandeki/celty) odpadało ze względu na występowanie niebezpiecznych zwierzątek;

- plecak Skalnik Trekker 40
twarda sztuka! właściwie produkt Wisportu, z Cordury, używany z powodzeniem wiele lat, na długich wyprawach i wysoko w górach, niemal bez szwanku, wielkość w sam raz - duże możliwości pakowania daje komin i liczne troki;

- karimata
powleczona folią aluminiową, bardzo lekka i cienka - wygodniejsza w noszeniu, mniej wygodna w spaniu;

- kije trekkingowe Kohla Alpen Absorber
kilka lat w użyciu, chyba ok. 4000 km przebiegu; dotąd bez zarzutu, dwa razy wygiąłem dolny segment, ale z własnej winy, segmenty te wymieniłem przed wakacjami; teraz w tajemniczy sposób zgubiły groty, jeden w Turcji, drugi już w Palestynie, musiałem je zastąpić prowizoryczna konstrukcją z gumowej rurki i stalowego pierścienia;

- palnik Primus Multifuel+butelka na paliwo
system wielopaliwowy, ja używałem benzyny oczyszczonej; wytrzymały, dosyć ciężki, ale daje pewność, że prawie wszędzie dostanie się do niego paliwo; Żydzi na lotnisko skonfiskowali mi butelkę na paliwo z pompką paliwową, które wcześniej przewoziłem już bez problemów w samolocie (no ale nie z izraelskiego lotniska);

- garnek 1 litr z pokrywką i pokrowcem, kubek stalowy 0,4 l, Spork (plastikowy niezbędnik), krzesiwo, zapalniczka, zapałki;

- stabilizator stawu kolanowego Oppo 1021, 2 sztuki
rzadko używany, pomimo zapewnień producenta tkanina nie oddychała (a przynajmniej nie w takich warunkach) i po kilku godzinach robiły się odparzenia; ukradzione przez syryjskich policjantów - może generał ma problemy z kolanami...?

- panel słoneczny Sunlinq 12W
bateria słoneczna mocowana do plecaka służąca do ładowania akumulatorków AA za pośrednictwem ładowarki, użyta tylko kilkukrotnie, nie do końca kompatybilna z ładowarką;

-ładowarka Fujicell HC1900F + akumulatorki Sanyo 2700mAH, Sanyo Eneloop 2100mAH
szybka ładowarka, gniazdo do zapalniczki samochodowej, jednak we współpracy z panelem słonecznym przerywała;

- odbiornik GPS Garmin Oregon 450 + pokrowiec + karta microSD 2GB
pierwsza przygoda z GPS, z odbiornika jestem zadowolony; dotykowy, możliwość pracy na zdjęciach satelitarnych - przydatne w regionach, gdzie nie ma dobrych map (jak na Bliskim Wschodzie), parę razy nas ratował, a zawsze dawał pewność, co do trasy i możliwość robienia statystyk odległości/prędkości; korzystałem z przygotowanych wcześniej w domu w Google Earth ścieżek;

- aparat Pentax K-x + DAL 18-55mm + filtr Hoya UV(C) HMC
mikro statyw, karty pamięci SDHC Kingston, czytnik kart Siyoteam
zestaw oczywiście niezbyt rozbudowany i profesjonalny, ale z lustrzankami dopiero zaczynam;

- torba na aparat Vanguard Oregon 14Z
długo szukałem i ta przypadła mi do gustu - wytrzymała, wygodna, z odpowiednią liczbą kieszonek, ale w miarę zwarta;

- czołówka Petzl Mio XP Belt
szybko odmówiła współpracy i w rezultacie zostaliśmy bez latarki, to już drugi egzemplarz, który mi się psuje - po niecałym roku użytkowania, poprzednio dostałem nowy po reklamacji; nie świadczy to dobrze o niezawodnym Petzlu...

-okulary słoneczne nakładane na korekcyjne - Decathlon (ukradzione przez syryjskich policjantów), linka kevlarowa, scyzoryk Victorinox Soldier 0.8610.26, folia NRC, futerał na okulary, notatnik, długopis, ołówek, igła i nitka, taśma klejąca, torebka na dokumenty Outwell;

- apteczka (głównie opatrunki, leki przeciwbólowe i przeciwbiegunkowe, wszelkiego rodzaju krople), multiwitamina i elektorlity (Litorsal) w tabletkach, kosmetyczka (szczoteczka i pasta do zębów, mydło, lusterko, ręcznik - ścierka do podłogi z mikrofibry, papier toaletowy, chusteczki higieniczne), chusteczki nawilżane dla niemowląt;

- przewodnik Bezdroża: Turcja, przewodnik Lonely Planet: Syria&Lebanon, przewodnik Pascal: Izrael, mapy Reise Know-How: Turkey West/South 1:700 000 oraz Syria,Lebanon, 1:600 000 mapa Freytag & Berndt: Israel, Palestine, Holy Land 1:150 000;

herbatka i miejsce w cieniu - codzienność tureckiego emeryta


Na koniec...

...chciałbym bardzo podziękować wszystkim czytającym moją relację, szczególnie tym, którzy zostawiali po sobie ślad w komentarzach - czasem, kiedy brakowało trochę sił i chęci do pisania, a słowa nie chciały się składać w zdania, myśl o tym, że tyle osób czeka na kolejny wpis dopingowała mnie spędzania długich godzin nad notatnikiem, a potem w kafejkach internetowych.

Blog przechodzi w stan uśpienia - nie jest jego rolą opisywanie mojego codziennego życia, ale i nie było nią tylko i wyłącznie opisanie pielgrzymki z Tarsu do Jerozolimy - na pewno znajdą się tu relacje z kolejnych moich wypraw.

A jeśli ukażą się moje reportaże lub będę miał przyjemność przeprowadzenia jakiejś prelekcji ze zdjęciami dla szerszego grona, to też się tym tutaj pochwalę!

Ma'a salama!
Szalom!

Do zobaczenia/przeczytania!


wędkarze w Bejrucie

PS
Pamiętacie jak w relacji ze Stambułu zachwycałem się grającymi na ulicy muzykami?
Wtedy mogłem zamieścić tylko zdjęcia.
Teraz zapraszam do wysłuchania!

Light in Babylon Project - Istanbul

piątek, 9 lipca 2010

On the road again

Przygotowania dobiegły końca.
Wszystko, miejmy nadzieję, zapięte na ostatni guzik.
Można ruszać.

A plan jest taki:
- jest nas dwóch - ja i mój brat Maciek
- najpierw jedziemy autostopem do Stambułu (po drodze Bratysława, Budapeszt, Belgrad, Sofia...chociaż kto wie, co będzie po drodze - w końcu jedziemy stopem!)
- po zwiedzeniu Stambułu dalej stopem, z postojem w Ankarze, do Tarsu, w południowej części kraju, gdzie rozpoczyna się właściwa część wyprawy, czyli...
- pieszo z Tarsu, miejsca narodzin świętego Pawła, do Jerozolimy, świętego miasta chrześcijan, żydów i muzułmanów;
około 1000 kilometrów przez Turcję, Syrię, Liban, znowu Syrię, Jordanię, Izrael i Autonomię Palestyńską

Ostatnia noc we własnym łóżku, ostatnie śniadanie w domu, bieżąca woda, wszelkie wygody....
Koniec do połowy września!

Zatem skoro
przygotowania dobiegły końca
i
wszystko, miejmy nadzieję, zapięte na ostatni guzik, to...
Można ruszać!

Chwytam plecak i ruszam na Bielany łapać okazję. Kierunek - południe.

Obiecuję, w miarę dostępu do sieci, zdawać relację z Bliskiego Wschodu.
Czytających pozdrawiam - wszelkie komentarze mile widziane!


On the Road Again! - motyw przewodni na wyjście