poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Największe miasto świata*

* A może i nie największe.
Może licząc całe obszary megalopolis wyprzedza je Tokio albo Seul.
A może gdzieś jakiś chiński gigant dawno zostawił wszystkich konkurentów w tyle i dumnie dzierzy palmę pierwszeństwa.

W każdym razie i tak codziennie przebywa tu niemal 30 milionów ludzi - mieszkańców i tych, którzy przyjeżdzają coś załatwić, kupić, sprzedać, zobaczyć.

I tak miliony codziennie tłoczą się w metrze, autobusach i taksówkach, przemierzając dziesiątki kilometrów z jednego krańca metropolii na drugi.

I w końcu i tak jest ono za duże, żeby zdołać opisać je słowami.

Zamiast tego niech wystarczy te parę zdjęć.



 

Po horyzont miasto. Otoczone wysokimi górami z każdej strony i przykryte grubą warstwą smogu.

 


 
Spróbować ogarnąć wzrokiem to miasto-monstrum można z wysokości 140 metrów - z platformy widokowej budynku Torre Latinoamericano




Uliczne jedzenie - smaczne, tanie i szybkie. O ile oczywiście ktoś już odcierpiał swoje i przyzwyczaił żołądek do nowych wyzwań.

 


 




 

 A na deser słodkie smażone banany, polane słodką czekoladą, słodką bitą smietaną i przystrojone słodką posypką





Miejscowych muzyków można spotkać nawet w sklepie z farbami

 




Po kanałach w dzielnicy Xochimilco pływają kolorowe łodzie...




...a mariachi zagrają każdemu jego ulubioną melodię za jedyne 100 pesos





Señor Tomas oferuje własnoręcznie rzeźbione figurki z miejscowych kamieni


Zaraz za miastem wznoszą się ruiny Teotihuacan z Piramidą Słońca - trzecią najwyzszą piramidą na świecie


Przy biegnącej wzdłuż murów katedry ulicy swoje usługi oferują wszelkiej maści fachowcy - do wynajęcia od zaraz

Czas sjesty w Mexico City...



...nawet klaun przysnął w wagonie metra

Opuszczamy miasto Meksyk, a już niedługo także i państwo Meksyk. 
Za kilka dni przekroczymy granicę z Gwatemalą znów wkraczając w strefę dżungli, wilgotnego powietrza i komarów, po pobycie w centralnej części kraju na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m.

środa, 10 sierpnia 2011

Mexican Highway Patrol, czyli jeszcze o autostopie co nieco



Podróżując po Meksyku trzeba się przyzwyczaić do widoku broni.
Na każdym kroku możemy natknąć się na jakiegoś strażnika, który stoi na straży, czy tez ochroniarza, który coś ochrania.
Dworce, sklepy, restauracje, urzędy...
I nie myślcie, że to taki typ naszego ciecia-emeryta z parkingowej budki, o nie!
Policyjne pałki i broń krótka są standardem, a w poważniejszych instytucjach (bądź też tych, które bardziej niż inne mają co chronić) nierzadko widuje się kamizelki kuloodporne, hełmy i karabiny automatyczne.
A skoro cywilne firmy prezentują się tak spektakularnie, to co dopiero meksykańska policja.
W końcu kraj ogłosił jakiś czas temu wojnę – wojnę przeciw kartelom narkotykowym.
Znany nam z policji libańskiej Dodge Charger, który odpowiednio podrasowany przypomina niemalże opancerzony transporter to podstawowy samochód policyjny.
Na drogach często widuje się tez mknące na sygnale półciężarówki z ciężkimi karabinami na dachach.
Pomimo tego meksykańscy policjanci są bardzo uprzejmi i pomocni. Zapytani o drogę zawsze wskażą kierunek, a czasem nawet i podwiozą. Bywa tez, że złapią dla nas stopa (o czym za chwilę)...


W oczekiwaniu na podwiezienie. Nasze plecaki i Matka Boska z Guadalupe gdzieś na południu Meksyku


Podróżując po Meksyku trzeba się przyzwyczaić do częstych kontroli na drodze.
Posterunki policji lub wojska zlokalizowane są na granicy stanów i w  samym środku stanu.
Na wylocie z miasta i daleko poza miastem.
Na terenach przygranicznych i w interiorze.
Zawsze jednak jest to doskonała lokalizacja do łapania stopa.
Funkcjonariusze nie przeganiają w inne miejsce, a wszystkie samochody się zatrzymują lub co najmniej zwalniają.

Nie wspominając o błogim poczuciu bezpieczeństwa pod skrzydłami stróżów prawa.



Zdecydowanie ulubionym naszym środkiem transportu są pojazdy typu pick-up.
Ich kierowcy stanowią też znaczący odsetek w gronie naszych drogowych dobrodziejów.

Tutaj nikt nie obawia się, że "tych dwóch obdartusów stojących przy drodze pobrudzi tapicerkę", albo zrobi krzywdę kierowcy.
My z plecakami ładujemy się na pakę, najczęściej pełną rozmaitych butli, plandek albo jakiegoś żelastwa, a kierowca siedzi z przodu, odgrodzony szybką bądź kratką.
Wiatr we włosach (powiedzmy), piękne widoki dookoła, linie na szosie szybko znikają w oddali...

Pierwsza przejażdżka na skrzyni ładunkowej Chevroleta dostarczyła nam frajdy niczym karuzela czterolatkowi. Kierowca nie oszczędzał pojazdu i wchodził w zakręty mając 110 km/h na liczniku.
Niby to nie aż tak dużo, przecież drogi meksykańskie są bardzo dobre (a często ich zbudowanie wymagało wyrywania każdego, dosłownie KAŻDEGO, metra ziemi z rąk dżungli i zaraz za skrajem jezdni zaczyna niepodzielnie panować las!), ale czując na sobie ten pęd powietrza i mając w uszach tylko szum wszystko odbiera się ze wzmocnioną siłą.

Do tego siedząc tyłem do kierunku jazdy nie było wiadomo, czy kolejne nagłe hamowanie zakończy się jednak uderzeniem w przeszkodę, czy tylko podskokiem na jednej z niezliczonych topes (po naszemu: hopek bądź progów zwalniających).




Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że autostopowiczów zabierają tylko pojazdy stare i brudne.

Sami jednak nieco się zdziwiliśmy obserwując zmniejszanie prędkości przez luksusowego czarnego SUV-a błyszczącego chromem felg. Dwóch Meksykanów, którzy z niego wysiedli spytali nas, czy przypadkiem nie jesteśmy terrorystami, ale to prędzej my mogliśmy miec obawy, że właśnie rozmawiamy z przedstawicielami miescowej mafii.

Za lśniącą blachą kryła się jednak bardzo miła meksykańska rodzina, w której dodatkowo niemal wszyscy, z kierowcą na czele, popijali w czasie jazdy miejscowe piwo Modelo, a przy najbliższym sklepie zatrzymali się, aby złocistego trunku nie zabrakło i dla nas.






*   *   *


Burza poruszała się w tę samą stronę co my.
Przejechanie każdego następnego odcinka pozwalało nam uciec ze strefy opadów, jednak już chwilę po opuszczeniu kolejnego gościnnego pojazdu i życzeniach szerokiej drogi dla kierowcy pierwsze krople spadały na nasze plecaki, by po kilku minutach zmusić nas do ukrycia bagażu i siebie samych za szczelną zasłoną foliowego płaszcza i wypatrywania z nadzieją kogoś, kto pomoże nam na dobre odskoczyć burzy.

Wszystko szło całkiem sprawnie, aż do bramki opłat kilkadziesiąt kilometrów przed miastem Morelia.

Szeroki łuk tęczy na niebie i przebłyski popołudniowego słońca wlewały w serca nadzieję, że może burza przestania w końcu podążać naszym śladem i już wkrótce złapiemy stopa do naszego dzisiejszego celu podroży.
Najlepsze miejsce do łapania było już zajęte przez czwórkę młodych Meksykanów, ale wkrótce szczęście uśmiechnęło się do nich szeroko i ktoś wziął tę ekipę do samej Guadalajary. Całą czwórkę!
Poprawiło to nasze nastroje. Skoro im się udało, to co dopiero nam, jadącym tylko we dwójkę, z aparycją cudzoziemców - co dla kierowcy może być zapowiedzią ciekawej rozmowy o dalekich krajach (o ile bariera językowa nie utnie naszej rozmowy krępującym milczeniem już po minutach).

Godziny mijały.
Deszcz niezmiennie padał.
Popołudnie zmieniło się w wieczór, który nieuchronnie zmierzał ku ciemnej nocy.

W pewnym momencie trzeba było to przyznać: ciemno, zimno, pada deszcz, machamy ręką przy drodze... w ten sposob na pewno się stąd nie wydostaniemy.

Zaczęliśmy przeczesywać okolicę i, z zapałem godnym akwizytorów Amway, wypytywać kierowców o możliwość wydostania się z tej pułapki. Bezskutecznie jednak.

- Zapytajcie pracowników sklepu na stacji. Jak skończą zmianę będą wracać do domu do Morelii. - nalewający benzynę chłopak w poplamionym kombinezonie rzucił  trochę światła w sytuacji, gdy noc pożerała już ostatnie resztki jasności na zachodzie. - Albo spróbujcie złapać autobus do miasta. Co pewien czas przejeżdżają po tym wiadukcie nad bramkami opłat i posterunkiem policji autostradowej - ręką wskazywał  odległy o kilkaset metrów most drogowy.
To było to. Zamiast czekać na zakończenie zmiany w sklepie pójdziemy na autobus i w Morelii coś wymyślimy, weźmiemy nocny kurs do Guadalajary albo po prostu zostaniemy tam na noc.
Byle by wydostać się stąd.
Idziemy do wiaduktu.



- Oczywiście że mogę to zrobić! Jestem przedstawicielem Mexican Highway Patrol i jednym skinięciem mojego najmniejszego palca mogę zatrzymać tutaj każdy pojazd.

Pogawędka z wąsatym policjantem powoli zaczynała być irytująca.
Staliśmy pod wiaduktem, po którym w każdej chwili mógł przejechać autobus, być może ostatni tego dnia, a policjant wypytywał nas o życie osobiste, sytuację ekonomiczną przeciętnego Polaka i wyposażenie polskiej policji (tak, wstyd było przyznać, Polonezy, Daewoo...).

Sprawy przybrały korzystniejszy obrót, gdy zaczął się dogłębniej interesować naszą sytuacją obecną.

- Za chwilę będą tędy przejeżdżać trzy autobusy: jeden czerwony i dwa żółte. Nie mają tu przystanku i nie mogą zabierać pasażerów, ale ja zatrzymam któryś z nich i poproszę kierowcę, żeby podrzucił was do Morelii.

Pierwszy przyjechał czerwony.

- Niestety nie ma już miejsc. Ale pamiętajcie: jeden czerwony i dwa żółte. Wypatrujcie ich. Musicie mieć oczy jak sokół  - nie ma problemu, to dopiero pierwszy. Na pewno z kolejnym sie uda.

Przyjechał pierwszy z żółtych.

- Ach, ten mógłby was wziąć do Morelii, ale wysadziłby was poza centrum, daleko od głównego dworca i musielibyście jeszcze sporo przejść, żeby przesiąść się na pojazd do Guadalajary. Pamiętajcie: jeden czerwony i dwa żółte  - oficer nie tracił rezonu.

No to pięknie. Miło się rozmawia, ale pewnie za chwilę pan policjant schowa się przed deszczem i chłodem do swojego radiowozu, a my zostaniemy tu z niczym, sokolim wzrokiem wpatrując się w pustkę i czerń i szukając w niej kolorowych autobusów.

- O, ten autobus jedzie bezpośrednio do Guadalajary. Teraz ani słowa po hiszpańsku!
Powiem kierowcy, że rozbiliście swój samochód, nie macie pieniędzy na autobus, a jutro koniecznie musicie być na lotnisku w Guadalajarze.
Policja autostradowa i kierowcy muszą współpracować - czasem my wyświadczymy przysługę im, innym razem oni nam.

Do końca nie chcieliśmy uwierzyć. Czekaliśmy tylko gdzie jest schowany jakiś haczyk, ukryta opłata lub aneks dopisany drobnym drukiem...

- Dziękujemy, dziękujemy wam Mexican Highway Patrol! - już po chwili, przechodząc obok nieco zdziwionego kierowcy, żegnaliśmy się z naszym wybawcą, dumnie stojącym na straży prawa w Meksykańskich Stanach Zjednoczonych. I nie było w tym żadnego haczyka ani nawet peso opłaty.




- Señores, Guadalajara! - kilka godzin później ze snu wybudził nas ten sam zdziwiony kierowca...



A za oknami takie widoki. Wzdłuż brzegów Zatoki Meksykańskiej


*   *   *


Jeśli w Polsce samochód zabiera maksymalnie 5 osób to dlatego, że takie są przepisy, taką liczbę ma zapisaną w dowodzie rejestracyjnym, tak przewidzieli to konstruktorzy i w końcu tyle osób może jechać w nim bezpiecznie.

Jeśli w Meksyku samochód zabiera maksymalnie 5 osób to dlatego, że po prostu tyle się zmieści.

Jeśli jednak z przodu zdołają usiąść trzy osoby, a kierowca, z mniejszą lub większą trudnością będzie w stanie zmieniać biegi, lub jeśli z tyłu ściśnie się w jakiś sposób czwórka albo piątka pasażerów, a ich kończyny nie będą niebezpiecznie wystawać przez okna, to samochód pojedzie i z tyloma osobami.

Nam natomiast przytrafiło się jechać taksówką w ustawieniu 3-6-0 (w ataku my i kierowca, w drugiej linii wielodzietna rodzina tubylców, a w defensywie nasze plecaki i inne bagaże zatrzaśnięte w bagażniku; bramkarza nie było).

Kto da więcej?



A ostatni autostop, który dowiózł nas niemal do miejsca, z którego teraz piszę, zakończył się propozycja noclegu ze strony kierowcy, który mieszka w Mexico City.
Z jego uprzejmości skorzystamy już niedługo.
Pozdrowienia z Lagos de Moreno i kilka ujęć mariachi z Tlaquepaque na zakończenie.









Samotny muzykant o niespotykanych możliwościach wokalnych. Chojnie wynagrodziliśmy jego talent i odwagę.

   


A teraz jeszcze mariachi z prawdziwego zdarzenia. W koncu Guadalajara to ich stolica!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Maldición de Montezuma

Instrukcja postępowania w wypadku huraganu i powodzi. Ale czy ktos zna odpowiednią instrukcję na wypadek wystapienia tych kataklizmów w żołądku…?


Na wiele sobie pozwoliliśmy ostatnimi czasy w sferze kulinarnej.

Rozmaite tamales czy burritos, popijaliśmy sprzedawanymi na ulicy, wprost z wypełnionych lodem skrzynek, sokami z nieznanych w Polsce owoców dżungli, czasem dla lepszego smaku zmieszanych z mlekiem. Na dobitkę doszły tacos od przydrożnego sprzedawcy, który swoimi małymi tłustymi łapkami rzucał okrągłe kukurydziane placki na rozgrzany olej, nakładał na nie mięso i warzywa, a w międzyczasie robił pewnie mnóstwo innych niehigienicznych rzeczy.

Tymi samymi łapkami oczywiście. 


No i dopadła nas Klątwa Montezumy…


Pastelowy spokój w Campeche




*   *   *


Deszcz pada bez przerwy niemal od południa. Zmusiło nas to do przejechania odcinka autobusem, bo łapanie stopa było niemożliwe przy takich strumieniach wody lejących się z nieba. Do kolejnego punktu dojechaliśmy na tyle późno, że zdecydowaliśmy się wziąć najbliższy autobus do kolejnego celu podróży – Palenque. 

Pomijając deszcz, przy ograniczającej widoczność ulewie i zapadających ciemnościach żaden Meksykanin nie zatrzyma się dla nas przy drodze bez bardzo ważnego powodu. Przecież bandyci potrafią nawet udawać patrole policyjne, zatrzymując samochody pod pozorem kontroli…

Skoro więc nie da się już stąd wyjechać stopem, to przynajmniej zaoszczędzimy na noclegu i prześpimy się w nocnym autobusie, a rano pełni sił obudzimy się w Palenque i ruszymy na podbój kolejnego miasta Majów.
Następny autobus odjeżdża za 11 godzin…




W końcu przydały się karimaty. A już zastanawiałem się kiedy przyjdzie czas, aby zostawić je komuś na materiał izolacyjny. Teraz jednak dobrze sprawdzają się izolując nasze plecy od metalu siedzeń na dworcu autobusowym w Escarsega.

W telewizorze mocno podkręcony dźwięk. 
Najpierw sensacja i przygoda. Terminator-Gubernator (z niedalekiej Kalifornii) pokonuje swego największego wroga, jednak na końcu tonie w płonącym zbiorniku rozgrzanego do czerwoności metalu. 
Wychodzę z dworca. 
Wracam: Harry Potter pakuje walizki i rusza uczyć się magii z kumplami. 
Idę kupić tacos do ulicznego sprzedawcy. 
Jestem z powrotem: elitarny oddział starożytnych Czarnych Skorpionów walczy ze złem. Albo i z dobrem walczy. Nie wiem, przysnąłem.

A po północy już tylko bailando na całego. Faceci stoją na plaży, śpiewają i machają rekami, a dziewczyny tańczą w bikini. El mariachi, tequila i la playa. Do tego wszystkiego sekcja dęta daje z siebie wszystko wdzierając się wszelkimi dostępnymi kanałami do naszych mózgów i skutecznie utrudniając sen.

Przed zjedzeniem tacos Maciek myje ręce antybakteryjnym żelem. Posunięcie całkiem rozsądne, ale czy zmieni to cokolwiek, skoro potrawa już na etapie przygotowywania spotkała się ze wspomnianymi małymi brudnymi łapkami?

Dopada nas mniej więcej w tym samym czasie. Szkoda ze w dworcowej toalecie nie było abonamentów albo zniżek przy zakupie większej ilości wejsc, bo moglibyśmy sporo zaoszczędzić.



Odliczamy czas do przyjazdu autobusu przekręcajac się z boku na bok na karimacie i usiłując nie słuchać dobiegającej z telewizora muzyki.


Autobus spóźnia się ponad godzinę i ostatecznie przyjeżdża po 5 rano, po 12 godzinach oczekiwania.




*   *   *


Od rana pada. Krople deszczu uderzają w dach z liści palmowych.  




Nasza cabaña stoi nad samym strumieniem, w miejscu, które nazywa się El Panchan, w środku dżungli w otoczeniu kilkunastu podobnych chatek. Tabliczki ostrzegają, żeby trzymać swoje rzeczy pod kluczem, bo po obfitych opadach poziom wody w strumieniu może gwałtownie wzrosnąć.

Z dżungli cały czas dochodzą jakieś dziwne odgłosy. Na rozpiętej pod dachem moskitierze widać sylwetki biegających małych jaszczurek. Leżymy tu już od kilku godzin i albo śpimy, albo po prostu patrzymy się na ten siatkowy sufit.




Autobus przyjechał do Palenque w stanie Chiapas przed 9 rano, jednak zamiast wysiąść z niego wypoczęci i gotowi do eksplorowania pobliskich ruin, wytoczyliśmy się ostatkiem sił myśląc tylko o tym, żeby się jak najszybciej położyć.

Cały dzień spędzamy w naszej cabañi, będącej częścią Jungle Palace – jednego z kilku takich zbiorowisk prostych domków w El Panchan. Dopiero po kilku godzinach zbieramy nieco sił i zjadamy ryz popijany herbatą rumiankową z pobliskiego baru.

- Maldicion de Montezuma – Zemsta Montezumy – mówi napotkany w barze miejscowy artysta-grafik, jeden ze stałych mieszkańców El Panchan.

Ten dzień Montezuma zabrał nam w całości. Dopiero nazajutrz zdołaliśmy zwiedzić pałace i świątynie Palenque i już w nieco lepszym stanie ruszyć w dalsza drogę.






*   *   *

Gdy będziecie kupować bilety na meksykański autobus dalekobieżny pamiętajcie, że musicie koniecznie spytać się gdzie jest zlokalizowana toaleta. 
I oczywiście usiąść jak najdalej od niej. 

Zawsze wybieramy najtańsze autobusy. Zazwyczaj są to pojazdy z pękniętą szybą albo klekoczącym silnikiem, którymi jeżdżą niemal wyłącznie tubylcy. 

Czasem słyszy się o napadach na autobusy. Ale na te najtańsze chyba nikt się nie porywa - bo co można ukraść ich pasażerom? Wyrwać staruszce kartonowe pudełko z pisklakami? Przyłożyć wąsatemu Meksykaninowi broń do głowy i zażądać oddania butli z olejem roślinnym? 
Tu raczej nikt nie liczy na obfite łupy i raczej nikt nie spodziewa się obecności turystów (przynajmniej tak to sobie tłumaczymy). 



Campeche




Jednak na trasie do stolicy jest taka konkurencja wśród przewoźników, a przy tym podróż może trwać niemal 12 godzin bez postoju, że w naszym całkiem niedrogim pojeździe z miasta Villahermosa toaleta jednak była. 
I niestety na etapie kupowania biletów w miejscowym biurze przewoźnika, które jest małym, pachnącym kadzidełkiem pokoikiem wypełnionym zupełnie przez bagaże podróżnych oczekujących na odjazd, biurko szefa oraz otoczony płonącymi świeczkami ołtarzyk Matki Boskiej z Guadalupe, sugerując się dobrym widokiem na zaznaczony na schemacie ekran telewizora, wybraliśmy strategiczne pozycje najbliżej wychodka (który w żaden sposób zaznaczony nie był). 

Nie muszę chyba dodawać, że przez całą noc była kupa zabawy... 

Momentami, kiedy arktyczna klimatyzacja się wyłączała, gorące powietrze wypełniała woń jeszcze bardziej dojmująca w swej treści niż ta, która mile połechtała nasze zmysły powonienia we wspominanej przeze mnie we wcześniejszym wpisie chatce z hamakami...


*   *   *


Rybacy nad Zatoką Meksykańską. Złoty zegarek i gustowna czapeczka z Matka Boska z Guadalupe 






Pozdrowienia przesyłam z Guadalajary.
Wracamy do zdrowia i napieramy dalej.

sobota, 30 lipca 2011

Jukatan

Trochę postraszyłem w poprzednim wpisie. A właściwie to nie ja, a Sikorski Radosław i jego MSZ. Teraz przez najbliższy miesiąc będę zapewne udowadniać, że nie taka Ameryka straszna, jak ją w ministerstwach malują.

To może na początek takie zdjęcie z Meksykiem na pierwszym planie i z Meksykiem w tle...


Na razie powoli wydostajemy się z rejonu mocno nastawionego na turystów i tym samym turystom w miarę przyjaznego.
Jedenaście godzin w samolocie linii Condor (które z racji skąpych porcji jedzenia i konieczności płacenia za wszystko, za co się da, powinny się nazywać Sęp) minęło w towarzystwie Niemców, udających się na leniwe urlopy do Cancun - jednego z najpopularniejszych miejsc do plażowania w  zachodniej hemisferze. Zdaje się, ze byliśmy na pokładzie jedynymi osobami, które miały zamiar ruszyć się trochę dalej, niż najbliższa plaża.
Nawet torby na bagaż podręczny mieliśmy profesjonalne.


 
 Bagaż podręczny na ten krótki lot zmieścił się w stylowych reklamówkach

Wilgoć i ciepło, zgodnie z odwiecznymi prawami tropików, uderzyły w europejskie twarze po wyjściu z terminalu lotniska. Na osłodę, choć nie na ochłodę, pozostał malowniczy zachód słońca i następująca po nim świetlista fiesta błyskawic na niebie - tej nocy tropikalna burza dała o sobie znać.
Nie będę tu opisywał noclegów w hostelach w międzynarodowym towarzystwie i przejazdu autobusem, w którym klimatyzacja była tak podkręcona, że pierwszy, i na razie jedyny raz, przydała się zabrana z domu bluza polarowa, a człowiek z nadzieją patrzył za okno i zastanawiał się, czy naprawdę po opuszczeniu pojazdu będzie czekać go ponad 30 stopni C i ogromna wilgotność, które powodują, że papierowe meksykańskie pesos rozpływają się w dłoniach.
Pierwsze dni upłynęły nieco leniwie i wciąż czekaliśmy, aż wyrwiemy się z turystyczno-wypoczynkowej przeciętności.

A w międzyczasie zwiedziliśmy nadmorskie ruiny miasta Majów w Tulum, które dziś opanowane są przez iguany, które z kolei są same w sobie bardzo opanowane i niemal nie zwracają uwagi na setki mijających je codziennie ludzi.


Karaibskie wody omywają skały, na których Majowie wznieśli swoje świątynie i pałace


Na liściu przysiadła, w prawej części zdjęcia. A w tle Morze Karaibskie

Nie obyło się oczywiście bez pierwszego spotkania ze szmaragdową wodą i bielutkim piaskiem na malowniczej plaży wciśniętej między skały, które podtrzymują fundamenty niemal tysiącletnich budowli.

Wspaniałym przeżyciem i świetną odmianą od lejącego się z nieba żaru był wypad na nurkowanie (snorkeling) do dwóch spośród mnóstwa dostępnych tutaj podwodnych atrakcji.
W pierwszym z miejsc była okazja do popływania wśród rafy koralowej, opanowanej przez różnokolorowe rybki oraz do spojrzenia prosto w twarz/pysk żółwiom, u których wielkość skorupy dorównywała niekiedy wielkości torsu dorosłego człowieka.
Druga część nurkowania była jeszcze bardziej fascynująca.
Słone wody morskie zamieniliśmy na słodkie i zanurzyliśmy się w jednej z jukatańskich cenotes - zalanej krystalicznie czystą i niewiarygodnie przejrzystą wodą jaskini, pełnej wspaniałych form krasowych - stalaktytów, stalagmitów i innych, między którymi można było swobodnie kluczyć, uważając tylko, żeby podczas wynurzania się nie wbić sobie ostrza, zwisającej ze stropu skały, prosto w głowę.

Ale przyszedł czas, aby nieco wyjść poza schematy i tym samym być bliżej miejscowych ludzi, ich kultury, opowieści, codziennego życia...

Pierwszym krokiem ku temu była zmiana sposobu przemieszczania się na autostop, a tym samym próba sprawdzenia, czy prawdziwa jest opinia powtarzana na zagranicznych forach podróżniczych:

- Is hitchhiking safe in Mexico?
- Nothing is safe in Mexico...

I w tym momencie myślę, że oczywiste jest, iż muszę zaprzeczyć tej opinii, podobnie jak będę pewnie zaprzeczał innym, cytowanym ostatnio.
Jak na razie jest to bardzo efektywny i bezpieczny sposób poruszania się  po Jukatanie, który niesie przy tym typowe dla takich podróży korzyści - oszczędność kosztów i możliwość niezwykle ciekawych spotkań.

I tak jeden z odcinków przejechaliśmy z miejscowym przewodnikiem, który wiózł ze sobą parę niemal bezwłosych psów niezwykle rzadkiej, typowej dla Meksyku rasy - xoloitzcuintle, które przez Majów uważane były za święte, a dziś ich dotyk ma ponoć właściwości lecznicze.



Czasem rozmowy z kierowcami można było swobodnie toczyć po angielsku. Czasem konieczne było gimnastykowanie się z naszym szczątkowym hiszpańskim.
Ale myli sie ten, kto uważa, że w Meksyku znajomość języka hiszpańskiego pozwoli się dogadać w każdej sytuacji.
Czasami konieczna okazuję się znajomość języków rdzennych Indian.



- Buenas tardes señora. Czy możemy rozbić hamak u pani w ogrodzie?

Kobieta w białej, ozdabianej kwiecistymi wzorami, koszuli chyba nie zrozumiała pytania. Mimo wszystko coś jednak odpowiedziała. Odpowiedzi jednak zupełnie nie zrozumieliśmy my.

Byliśmy w wiosce Coba, w której znajdują się, zanurzone w morzu dżungli ruiny miasta Majów, a wśród nich najwyższa piramida na Jukatanie, dostępna do wejścia dla turystów, a licząca 42 metry.


Coba. 42 metry n.p.dż. (nad poziomem dżungli)


Tam jednak mieliśmy udać się dopiero następnego dnia z samego rana, a poprzedzająca noc planowaliśmy przespać w naszych hamakach. Szybko porzuciliśmy plany rozpięcia ich w dżungli, gdyż bez maczety trudno było się zagłębić w tę tropikalną gęstwinę dalej, niż 30 centymetrów.
A nawet na tych 30 centymetrach można było natknąć się na zwierzę lub roślinę, które z lubością pozbawiłyby nas życia, zdrowia lub co najmniej przyjemności z dalszej podróży.
Postanowiliśmy więc wykorzystać działający na Bliskim Wschodzie sposób i spytać o możliwość przenocowania u miejscowych.
I tak krążąc po wiosce doszliśmy do ostatniego domku przed ścianą lasu.

- My jesteśmy puro Maya - czyści Majowie.

Dopiero pomoc zawołanego szwagra, który oprócz języka Majów władał także hiszpańskim, a nawet znał kilka słów po angielsku pozwoliła nam dojść do porozumienia w sprawie noclegu.
Chata była brudna, śmierdząca, pełna komarów, a właściciel zaznaczył, że miejscowi czasami przychodzą tu załatwiać swoje potrzeby, te grubsze i te mniej poważne.
Ale nam takie miejsce wystarczało - najważniejsze, że dało się rozpiąć hamaki.
Aby nieco poprawić estetykę miejsca, pani Indianka przysypała kilka z leżących pod ścianą grubszych potrzeb piaskiem. Estetyka wzrosła, zapach niestety pozostał.

Zanim jednak mogliśmy się oddać w objęcia Morfeusza, lub jego sennego odpowiednika z panteonu Majów, musieliśmy spędzić trochę czasu z dziećmi naszej gospodyni.
Wśród zaproponowanych przez nie atrakcji był mecz piłki nożnej na drodze, zwierzątko na sznurku oraz krótki wykład na temat otaczających nas roślin jadalnych i niejadalnych.






Następny dzień wypełniły kolejne odcinki autostopowe i zwiedzanie kolejnych ruin z czasów Chichen Itza.
O ile w zagubionym w bezkresnej dżungli Coba można było poczuć się niczym Indiana Jones, poszukujący Zaginionej Arki, albo czegoś jeszcze bardziej odjechanego i trudnego do odnalezienia, to Chichen Itza, które dziennie potrafi odwiedzić nawet 20 tysięcy turystów, mogło przywodzić na myśl tematyczny park rozrywki skrzyżowany z cepelią. Mimo wszystko piramidy z białego kamienia robiły duże wrażenie.










U nas tymczasem klimat nieco się zmienił. Niestety nie w sensie pogodowym, a bardziej kulturowo-architektonicznym.
Porzuciliśmy na chwilę tysiącletnie budowle cywilizacji prekolumbijskich i zwiedzamy typowe miasta kolonialne Jukatanu.





Trochę zwlekałem z tym wpisem, ale czekałem, aż porzucimy utarte szlaki, środki transportu i miejsca noclegu i nazbiera się więcej przeżyć.
Postaram się teraz pisać nieco częściej.
A tymczasem pozdrawiam z Campeche.


Przed chwilą nad miastem przeszła potężna ulewa. ULEWA!
Taka tropikalna z błyskami, grzmotami i strumieniami wody zmywającymi ulice.
W uroczej kafejce internetowej, z której właśnie piszę, dwa razy wysiadał prąd i monitor pokrywał się smutną czernią.